Wspomnień czar

Za nami EURO 2008. Impreza ta, jak każdy wielki czempionat wypromowała nowe gwiazdy, a także dokonała małego przewrotu w hierarchii europejskiej piłki. Dla niektórych EURO 2008 oznacza początek wspaniałej drogi na szczyt, dla innych początek końca.


„Grają  jak nigdy, przegrywają jak zawsze”.

Ta wyświechtana teza już od dawna towarzyszyła piłkarzom Hiszpanii a to z tego powodu, że  grający wspaniała techniczną piłkę gracze z Półwyspu Iberyjskiego już od 44 nie zdołali osiągnąć żadnego sukcesu na Mistrzostwach Europy.  Fatalną passę udało się jednak przerwać na boiskach Austrii i Szwajcarii. Dowodzeni przez bardzo doświadczonego 70-letniego Luisa Aragonesa Hiszpanie udowodnili w końcu, że wspaniałe nazwiska i wielkie indywidualności mogą stworzyć bardzo dobrze funkcjonujący kolektyw.  Już po pierwszym, wygranym 4-1 spotkaniu z reprezentacją Rosji, widać było, że Hiszpanie w końcu zachwycają skutecznością i pewnością siebie. Wielka w tym zasługa Aragonesa, który umiejętnie poukładał ten zespół taktycznie i moralnie, tworząc dobrą atmosferę wokół drużyny.  Ich sukces zagrożony był praktycznie tylko przez moment, w meczu ćwierćfinałowym przeciwko reprezentacji Włoch, gdy o awansie do półfinału decydował loteryjny konkurs rzutów karnych. Hiszpanie zachowali jednak zimną krew, pewnie egzekwując jedenastki, chociaż naprzeciw nim stał przecież jeden z najlepszych bramkarzy świata Gianluigi Buffon. Największymi wygranymi w ekipie hiszpańskiej można uznać Marcosa Sennę oraz Davida Villę. Ten pierwszy sprawił największa niespodziankę w składzie drużyny, „wygryzając” z niego znakomitego pomocnika Liverpoolu Xabiego Alonso. Villa z kolei został najlepszym strzelcem mistrzostw, mimo, iż zagrał tylko w 4 spotkaniach. Wraz z Torresem, stworzył on najgroźniejszy duet napastników na tej imprezie.

„Piłka nożna to taki sport, w który gra 22 zawodników, a na końcu i tak wygrywają Niemcy”.

Na szczęście i to od dawna funkcjonujące zdanie nie znalazło potwierdzenia.  Niemcy w tych mistrzostwach grali bez finezji i polotu, za to bardzo skutecznie, szczególnie ze stałych fragmentów gry. Mieli w swoim składzie Lukasa Podolskiego, który w reprezentacji prezentuje się zdecydowanie lepiej niż w Bayernie Monachium. Czym to jest spowodowane? Trudno powiedzieć może pochodzący z Gliwic zawodnik nie pasuje do taktyki zespołu ze stolicy Bawarii?  Na myśl nasuwa mi się jednak porównanie do Davida Healy’iego, gracza z Irlandii Północnej, który  17 listopada 2007 roku w wygranym 2:1 meczu z Danią, strzelając trzynastego gola pobił rekord Davora Sukera w ilości strzelonych bramek w eliminacjach ME. W swoim klubie Fulham Londyn, strzelił jednak tylko 3 bramki przez cały sezon. Wnioskując, są piłkarze którzy dużo lepiej prezentują się w klubie a nie dają sobie rady w reprezentacji, jak i na odwrót, są też tacy którzy dopiero w meczach reprezentacji wypływają na szerokie wody. Przed mistrzostwami nabijano się z wysokich, mało zwrotnych środkowych obrońców niemieckich Mertesackera i Metzeldera, oraz z podstarzałego bramkarza Lehmanna, jednak ich gra doprowadziła Niemców aż do finału. Liderem drużyny był pomocnik Chelsea Londyn Ballack, który te mistrzostwa również może uznać za bardzo udane. Nasi zachodni sąsiedzi nie mieli tak dobrych piłkarzy jak Hiszpanie, czy też Włosi albo Holendrzy, jednak zgraniem i umiejętnością wypełniania zadań taktycznych nadrabiali wszelkie braki.

„Najlepszą obroną jest atak”, czyli do ataku panowie!

Mecz finałowy to przewaga gry defensywnej, wyrachowanej.  Jednak  we wcześniejszych spotkaniach nieraz przyszło się nam emocjonować gradem bramek i otwartą grą nastawioną na strzelanie, a dopiero później bronienie. Tak w rozgrywkach grupowych wyglądała gra reprezentacji Holandii. Trener Van Basten mając świadomość słabości swojej ekipy w defensywie, nakazał jej atakować, bo przecież gdy piłka będzie na stronie przeciwnika, to wtedy ekipie holenderskiej nic nie grozi. No i atakowali gracze z Niderlandów. Robili to bardzo skutecznie i w sposób przyjemny dla oka. Jednak holenderska kosa natrafiła w ćwierćfinale na kamień, w postaci drużyny rosyjskiej, prezentującej równie ofensywny styl gry. Rosjanie przeciwko drużynie „Oranje” zagrali wspaniały mecz, bezlitośnie obnażając  ich ukryte do tej pory braki w defensywie.  A Van Basten po tym meczu zrozumiał, dlaczego to Guus Hiddink, a nie on był  najbardziej cenionym i najlepiej zarabiającym trenerem na tych mistrzostwach.

Bez zbytniej kalkulacji i częstokroć bardzo ofensywnie grali również reprezentanci Turcji. Mecze z udziałem tej drużyny dostarczały najwięcej emocji fanom. Turcy zawsze musieli gonić. A to Szwajcarów, z którymi przegrywali 1-0, by wygrać 2-1, podobnie z reprezentacją  Czech, z którą przegrywali 2-0, by zaaplikować rywalom 3 bramki od 75 minuty i wygrać w koncówce 3-2. Niemniej emocji było w ćwierćfinałowym meczu przeciwko Chrowatom, gdzie przegrywając  1-0 od 119 minuty, zdołali w 120 odrobić straty i strzelić bramkę, która umożliwiła im rozegranie zwycięskiego konkursu jedenastek. Tak emocjonujące mecze i olbrzymie zaangażowanie spowodowały jednak, że w półfinale przeciwko Niemcom, Turcy mieli do dyspozycji jedynie 14 piłkarzy.  Jednak to właśnie podopieczni Fatiha Terima wyszli na prowadzenie. Fakt że pierwszy raz to oni musieli bronić rezultatu, nie wyszedł im jednak na dobre. Po pięknej walce przegrali 3-2 jednak to oni zostali moralnymi zwycięzcami tej imprezy.

„Zwycięzców się nie sądzi”, ale przegranych jak najbardziej.

Kto był największym przegranym tych mistrzostw? Moim zdaniem Raymond Domenech z reprezentacją Francji. Gracze tej drużyny w trzech meczach grupowych zdołali jedynie uzyskać jeden remis z reprezentacją Rumunii, strzelając w całych mistrzostwach jedną bramkę a tracąc sześć. To bardzo słaby rezultat, nawet zważywszy na fakt, że znaleźli się oni w określanej jako grupa śmierci- grupie C, w której za przeciwników oprócz Rumunii, mieli Włochów i Holendrów. Nazwa „grupa śmierci” została trafiona jednak tylko pod tym względem, że zespoły, które z niej uzyskały awans, poniosły sportową śmierć już w ćwierćfinale. A Francuzi dysponując takimi uznanymi „firmami” jak Thierry Henry, Claude Makalele, Frank Ribery, czy też piekielnie utalentowani gracze młodego pokolenia jak Karim Benzema czy Samir Nasri, grali grubo poniżej swoich możliwości, za co odpowiedzialność  ponosi z pewnością również trener  Domenech. Nie zabrał on na mistrzostwa Trezegueta, w bramce wystawiał będącego w średniej formie Coupeta, a nie Freya, na środku nie znalazł miejsca dla Vieiry. O dziwo te decyzje nie okazały się przysłowiowym  „gwoździem do trumny” dla tego selekcjonera, który pozostanie na swoim stanowisku.

Grubo poniżej oczekiwań ( bardziej ekspertów, niż moich), spisywali się obrońcy mistrzowskiego tytułu- Grecy. Nie zdołali oni uzyskać nawet punkcika w trzech meczach grupowych. Prezentowali styl podobny do tego sprzed czterech lat, jednak od tamtego momentu nie poczynili nic, aby pójść naprzód, co spowodowało, że powrócili do poziomu europejskiego średniaka.

Zawiedli również Mistrzowie Świata- Włosi,  których jedyną taktyką i pomysłem na grę było zagrywanie długich prostopadłych piłek na głowę Luci Toniego,  będącego najbardziej  wysuniętym graczem formacji włoskiej,  jednak nie  prezentującego takiej wysokiej formy jak w Bayernie Monachium. To wystarczyło na szczęśliwe wyjście z grupy, ale okazało się za mało na prezentującą skuteczniejszą grę Hiszpanię. Niewiele jednak zabrakło, aby i ten zespół, przypadkowym zbiegiem okoliczności udało się piłkarzom z Półwyspu Apenińskiego pokonać.

„Z tej porażki należy wyciągnąć wnioski”,  czyli nadzieje na lepszą przyszłość.

O rozczarowaniach dużo wiemy także my, kibice polscy, jak również czescy, czy też szwajcarscy.  Prawda jest jednak taka, że nie mieliśmy zespołu, który mógłby skutecznie zawalczyć i cokolwiek zwojować na tych mistrzostwach. Utarło się, że dużo lepiej gramy w eliminacjach. Ale to jednak coś innego niż mecze finałowe, tam trzeba wspiąć się na jeszcze wyższy poziom, by coś osiągnąć. Nam się to nie udało, gdyż po prostu nie dysponowaliśmy określonym potencjałem. Podobnie jak Czesi, którzy bez Rosickiego , Poborskiego i Nedveda oraz z podstarzałym Kollerem nie są już tak dobrą ekipą. Również młoda, ucząca się futbolu na najwyższym poziomie reprezentacja Szwajcarii musiała przełknąć gorycz porażki. Tym razem znowu się nie udało, jednak przed nami kolejne eliminacje, teraz do Mistrzostw Świata, a póżniej finały MŚ i za cztery lata kolejne EURO. Nie należy marnować czasu, powinno się spoglądać w przyszłość. Ci którzy teraz przegrali, za 4 lata mogą być już w czołówce. Turcja do niedawna też posiadała przeciętna reprezentację, jednak poczyniła w krótkim czasie ogromne postępy i bardzo gwałtownie zapukała w drzwi prowadzące do finału EURO. Jakie zmiany nastąpią po tych Mistrzostwach Europy?  Kto poczyni największej postępy, a kto zanotuję największy regres? Dowiemy się po następnych finałach europejskiego czempionatu.

Wasze komentarze
Skomentuj
Dodaj komentarz


Inne blogi
Kto zdobędzie Puchar Niemiec?
Borussia Dortmund
Bayern Monachium



O nas | Redakcja | Praca | Partnerzy | Reklama | Kanały RSS | Zakłady bukmacherskie

Agencja Reklamowa, Jak sprzedać reklamę , dom reklamy